Shop Mobile More Submit  Join Login
W pomieszczeniu panował półmrok, tylko na chwiejnej erażetce tliła się niska, aczkolwiek szeroka świeca. Rozjaśniał ona częściowo twarze zgromadzonych, młodych działaczy AK. Zgromadzili się oni na jednym ze starych strychów, w kamienicach na Lenartowicza. Lubili te ciemne, zagracone pomieszczenia z dwóch powodów, których samemu można się domyślić. Czekali tu zazwyczaj, aż skończy się godzina policyjna, co wiązało się z nocowaniem w obcych budynkach, ale nie to nie odpychało ich od walki na rzecz ojczyzny. Chcieli jak najszybciej przepędzić Niemców i przywrócić wolność Polsce, jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało. Mimo straszliwej sytuacji, w której się znaleźli chcieli walczyć o własną swobodę oraz pomścić śmierć swych nauczycieli, profesorów, rodziców… W końcu głuchą ciszę zakłócił głos młodego podoficera:
-To co, są jakieś inicjatywy?- powiedział przyciszonym tonem. Jednak jego dotychczas aktywny oddział milczał. Mężczyzna doszukał się przyczyny tego grobowego nastroju, była nim miniona wigilia. Domyślił się jak wielu z nich ją spędzało, z resztą pewnie podobnie jak on. Ceny były za wysokie, aby kupić cokolwiek, a zarobki zbyt małe nawet na opał. Nadzieja podupadała w nich wszystkich, ale on jako dowódca musiał podnieść morale swojej pięcioosobowej grupy.- Może pokazalibyśmy hitlerowcom co potrafimy? Jakaś akcja w sklepie?- nikt nie zabierał głosu, mimo że wszystkim obecnym nasuwało się już mnóstwo pomysłów związanych z sabotażem.- Dobra, Anna, Wojtek, wymyślcie coś- zaangażował najbardziej twórczą dwójkę, wyróżniając ich, myśląc, że dzięki temu atmosfera się rozkręci.
-Celem może być- zaczęła niepewnie blondynka.- sklepik na zbożowym rynku. Walorem tej opcji jest chociażby… nieduża odległość od celu, średnie natężenie ruchu- nagle przerwała jej wybuchowa Iza.
-No nie takie średnie- parsknęła.- Przecież tam jest mnóstwo szkopów! Chyba nie masz na myśli tego mięsnego?- powiedziała podniesionym tonem, a Wojciech spojrzał w jej duże, piwne oczy.
-Wypatrzymy taką porę dnia, żeby był średni ruch- przeniósł wzrok na Annę.
-A może bardziej efektywnym celem byłaby ta restauracja, w której pracuje Izka?- podsunął pomysł Jurek.- Mamy tam rozpoznanie i bywają tam grube ryby, nie?- w jego oczach można było dostrzec błysk podniecenia.
-To dłuższa akcja. Nie odrzucam propozycji, jest bardzo ciekawa, ale do tego trzeba się przygotować- uśmiechnął się Wojtek.
- A jak się uda to nawet Kampego upolujemy!- rzucił Jurek z podnieceniem.
-Chłopacy- uciszył ich przywódca.- Naszym celem nie jest zabijanie, tylko oddziaływanie psychologiczne na okupanta i bydgoszczan. Poza tym jeśli takiego nadburmistrza „upolujemy" to zapłaci za to całe miasto- machnął ze zrezygnowaniem ręką.- Ale przy odpowiednich gościach jestem za, skontaktuje się z dowództwem- wszyscy wpatrzeni byli w szatyna. W końcu to on miał tu pełnię władzy. Czujł się trochę niezręcznie, w ciszy, która zapadła, więc odezwał się po raz kolejny.
- Pozostając przy sklepiku, wstępna data za dwa tygodnie. Anna zajmij się rozpoznaniem terenu, Wojtek skombinuj ogólny plan działania, Jurek opracuj plan B, Izka skoordynuj wszystkie działania grupy i przekaż mi do piątku materiał. Chcę, aby nadawał się on do przedstawienia porucznikowi- uśmiechnął się porozumiewawczo.- Serwus- rzucił i skierował się do niskich drzwi prowadzących na strych. Otworzył je wpuszczając trochę świeżego powietrza. Wychodząc dudnił jeszcze butami po schodach, następnie wychodząc z kamienicy. Pozostali w środku musieli spędzić tu całą noc. Wszyscy byli zmęczeni po przepracowanym dniu i od razu poukładali się spać. Izka obok Anny na obszernej kanapie, a chłopcy na podłodze zajmowali koc, robiąc z niego prowizoryczny śpiwór.
-Śpisz?- szepnęła przysadzista dziewczyna, delikatnie szturchając przy tym koleżankę w ramię.
-Jeszcze nie- odpowiedziała Anna i nadstawiła uszu.
-W restauracji, w której pracuje zwolniło się jedno miejsce, dla kelnerki- powiedziała zwilżając wyschnięte usta.- Jesteś zainteresowana?
-Nawet bardzo- uśmiechnęła się Ania.- Jakie zarobki?
-Nie wiem dokładnie, oczywiste, że niższe od niemieckich, ale dobre- odparła.
-Jeśli byś mogła- zaczęła jej koleżanka.
-Postaram się coś zrobić, mogłabyś jutro przyjść?- dziewczyna pokiwała twierdząco głową. Od dawna nie mogła niczego znaleźć, a tu taka okazja się jej trafiła. Jako studentka germanistyki miała szerokie pole zarobków, ale jako Polka nie chciał pracować w urzędach, lecz praca w restauracji, nawet niemieckiej, to co innego. Kolejny dzień zapowiadał się znakomicie, oby tylko dostała tę pracę. W końcu musiała zorganizować sobie byt oraz młodszemu bratu. Należy tu nadmienić, że spoczął na niej ten obowiązek, bo rodzice obydwojga zginęli podczas odwetu Niemców za „krwawą niedzielę".
***
-Nie stresuj się, to tylko…- brunetka próbowała ją pocieszyć.- Mnie przyjęli od razu, a ty jesteś studentką germanistyki- uśmiechnęła się.
-Łatwo ci mówić. Pierwszy raz będę na rozmowie kwalifikacyjnej- odpowiedziała, a koleżanka przewróciła oczyma.
-Jaka to znowu rozmowa, zada kilka pytań, da fartuch i przez tydzień będziesz harować za friko- Iza wzruszyła ramionami.
-Zobaczymy- odmruknęła niebieskooka.
Po chwili były już u dyrektorki interesu. Iza przedstawiła kandydatkę, po czym kobieta zadała kilka pytań. Gdy usłyszała, że obecna dziewczyna była studentką germanistyki rozmowa toczyła się trochę serdeczniej. Poza tym zarządczyni przypadły do gustu walory zewnętrzne Anny. Nie była za wysoka, miała zgrabne nogi, średniej długość blond włosy schludnie upięte w kok oraz przyjemny wyraz twarzy. Nie miała więc zbytnio zastrzeżeń i dała odpowiedni rozmiar uniformu. Anna przez cały tydzień pracowała do wyczerpania ostatnich sił, lecz ze zbliżającym się piątkiem musiała zrobić dokładne rozpoznanie sklepu. Pracując od rana do późnego popołudnia, mając cztery dni niewiele udało jej się zrobić, więc poprosiła swojego brata, również żołnierza AK,  o wykonie tego zadania, tłumacząc się z zaistniałej sytuacji. Dopiero od 18 mogła prowadzić obserwacje, co też skrzętnie robiła, ale już o 20 musiała wracać do domu, licząc się z godziną policyjną. Musiała tak pracować od poniedziałku do piątku, co dawało jej weekend wolny. Właśnie w ten ostatni, próbny piątek zdarzyła się pewna pomyłka, przez którą dziewczyna mogła stracić pracę.
-Dzień dobry, co panowie sobie życzą?- powiedziała podchodząc do ustawionego w kącie stolika. Siedzieli przy nim dwaj mężczyźni, jeden ubrany w mundur partyjny i drugi w służbowym uniformie SS. Nawet nie przeleciało przez głowę tej młodej, niedoświadczonej dziewczynie, kim oni mogą być, toteż uśmiechała się jak zwykle do swoich klientów.
Partyjniak obojętnie podniósł wzrok znad karty menu, spoglądając na nią ze zdziwieniem, które lekko odbijało się na jego twarzy. Uniósł nieznacznie głowę, aby przyjrzeć się nieznajomej dziewczynie. Ze zdziwieniem odwzajemnił uśmiech goszczący na jej twarzy.
-Dzień dobry. Chciałbym powiedzieć „to co zawsze", ale obawiam się, że pani nie zrozumie co mam na myśli- Anna przyjrzała się uważniej mężczyźnie.- No więc, poprosiłbym dobre wino oraz jakieś mięsko, które przypadłoby mi dzisiaj do gustu. Nie jadłem obiadu- uśmiechnął się widząc jej zdezorientowanie, lubił mieć innych w garści.
-Jaki rodzaj wina pan preferuje?- uśmiechnęła się przyjaźnie, mimo kpiarskiego uśmieszku goszczącego w kąciku jego ust.
-Czerwone, wytrawne, bądź półsłodkie…- dziewczyna kiwnęła głową na znak, że zrozumiała.
-A pan?- spojrzała niespodziewanie na esesmana.
-Ja poprosiłbym tylko wino, później jakiś deser- odmruknął zdziwiony, że kelnerka zwróciła się tym razem również do niego. Poprzednia często o tym zapominała.
-Dobrze, dziękuję. Na danie główne będzie pan musiał poczekać około półgodziny- ukłoniła się i odeszła w stronę barka.  Zrobiła to dość energicznie, bowiem stały tam już dwie kelnerki, które nie miały pokojowych intencji. Obawiała się, co zrobiła nie tak.
-Kobieto, co ty zrobiłaś? Ten stolik należy do Berty!- zaczęła na nią krzyczeć koleżanka.
-Przepraszam, może wziąć jeden z moich- spuściła głowę. Berta spojrzała na nią z politowaniem i odparła złośliwie.
-Sam Nadburmistrz chciał, żebym go obsługiwała, a nie jakaś brudna Polka- spojrzała z góry na dziewczynę. Anna rozwarła szerzej oczy. Nie chciało to do niej dotrzeć. Spojrzała na palącego papierosa partyjniaka. To był Kampe? Ten, który zamordował tylu bydgoszczan, w odwecie za „krwawą niedziele"? Ten, który rozebrał synagogę, zniszczył kościół jezuicki… Ten tyran, zbrodniarz… Jeszcze raz rzuciła okiem na tego człowieka i poczuła strach, ale również obrzydzenie na myśl, że przed chwilą go obsługiwała.
-Nie wiedziałam- odszepnęła do koleżanki. Na zapleczu czekała na nią zarządczyni. Machnęła w stronę dziewczyny władczo, a ta pokornie podreptała za Bertą.
-Wylatujesz z pracy, takie coś nie mogło zdarzyć się nawet początkującej kelnerce, nawet wam, Polkom - Berta ze złośliwym uśmiechem spojrzała na biedną dziewczynę.- Jednak zanim stąd wyjdziesz pójdziesz wyjaśnić ze mną to nieporozumienie- to mówiąc pociągnęła Annę za rękę i poszła z nią do Kampego. Stanęły przed nim obydwie, ale ich postawy znacznie się różniły. Anna stała pokornie wpatrując się w kant stołu, przypominając nieboszczyka ze swoją zbielałą ze strachu twarzą, lekko podkrążonymi oczyma od codziennej pracy i wątłą sylwetką, co wyróżniało ją na tle spasionej zarządczyni z zadartą głową.
-Panie nadburmistrzu, zaszła pomyłka, ta dziewczyna przypadkowo podeszła- Werner zwęszył, że coś musiało się stać.- Berta będzie pana jak zwykle obsługiwać.
-Przepraszam, że przerwę- wtrącił nadburmistrz.- Ja nie mam nic przeciwko, ażeby ta panna nadal mnie obsługiwała- rzucił na nią okiem. Anna cała struchlała. Nie pojmowała sytuacji, nie rozumiała dlaczego on chciał, aby go obsługiwała. Zapewne domyślił się, że jest w ruchu oporu. Zapewne niedługo zamknie ją w piwnicach Gestapo na poniatowskiego. Podniosła swoją twarz, a oczyma, które były zapełnione łzami, objęła postać Wernera. Patrzył na nią tak… serdecznie? Nie mogła znaleźć innego określenia.
-Ale ona tu już nie pracuje- powiedziała stanowczo szefowa. Kampe spojrzał zdziwiony na kobietę.
-Co to za ton? Czy ty kobieto nie widzisz, z kim rozmawiasz?- przeleciało mu przez głowę, ale postanowił puścić jej to płazem. Przynajmniej tym razem.- A ja mam prośbę do pani, aby dać szansę nowej kelnerce oraz aby od dzisiaj ta złotowłosa mnie obsługiwała, dobrze?- twarz Anny rozjaśniła,na myśl, że zachowa pracę.
-Dobrze, jeśli tak pan chce…- odpowiedziała nadburmistrzowi.- Zachowujesz pracę- rzuciła naburmuszona do dziewczyny. Ona uśmiechnęła się, a dwie łzy spłynęły jej szybko po policzkach. „Oberkelner", jak nazywała ją z koleżanką poszła do baru, zostawiając ją samą z Wernerem.
-Nie wiem co powiedzieć, dziękuję panie nad…- partyjniak przerwał jej w półsłowa i wyciągnął rękę.
-Darujmy sobie tytuły- delikatnie uśmiechnął się do dziewczyny.- Werner Kampe- dziewczyna ścisnęła siedzącemu mężczyźnie dłoń.
-Anna Zawadzka, jeszcze raz dziękuję- delikatnie ukłoniła się.
-Otto von Proeck- wskazał na towarzysza, po czym tamten niechętnie wstał i podał jej rękę.- Mam nadzieję, że nie zawiedzie pani mojego wyrafinowanego podniebienia?- uśmiechnął się pewny siebie.
-Będę się starać- powiedziała i pobiegła od razu do kuchni.- Przygotuj duszone udo kacze, tak jak to masz w zwyczaju z rodzynkami i czerwoną kapustą- zwróciła się do kucharza.- Razem z tym…
-Balsamico?- rzucił młody kucharz.
-Tak… To dla nadburmistrza- uśmiechnęła się. W odpowiedzi usłyszała tylko przytaknięcie. Sama zajęła się nalaniem jakiegoś niemieckiego Aperitifu, dla Wernera. Szybo znalazła jakieś słodkie, czerwone wino dla prezydenta policji.
***
Po pracy szybko wróciła do domu i przebrała się. Już za tydzień miała odebrać pierwszą zapłatę, a nadchodzącą sobotę i niedzielę miała mieć wolną. Rajska praca w okupowanej Bydgoszczy. Szczęśliwa od razu pognała do umówionego miejsca spotkania, tym razem było to mieszkanie ich dowódcy- Franciszka. Przyszła jako jedna z pierwszych, więc oczekiwały z Izką na chłopaków. W tym czasie miały dużo czasu na rozmowy.
-Co się stało w restauracji?- rozpoczęła rozmowę Iza, gdy tylko zostały same. Anna podeszła bliżej i usiadła na kanapie obok koleżanki.
-Nic…- próbowała zakończyć świeżo rozpoczęty temat. Po chwili do pomieszczenia wszedł Franek z dwoma filiżankami herbaty.
-Przepraszam, że nie osłodzone, ale same wiecie dlaczego- uśmiechnął się i postawił naczynia na dębowym stoliku, który kontrastował z resztą umeblowania. Całe pomieszczenie, tudzież salon, utrzymywane były w jasnym tonie, a ta jedyna ława była ciemna, aczkolwiek przykryta białą, haftowaną serwetą.
-Ania- Izka próbowała ponowić temat, który tak ją dręczył.- Dlaczego ten Werner- przerwał dziewczynie w półsłowa ciemny brunet.
-Jaki Werner- plan Izy się powiódł, wciągnęła w rozmowę podoficera.
-Werner Kampe, częsty gość naszej restauracji, zażyczył sobie, aby Ania była jego kelnerką, czyż nie?- blondynka z zakłopotaniem spuściła wzrok na jasny dywan w kwieciste wzory. Franek z zaciekawieniem przysłuchiwał się dalszym wiadomością.- A do tego ocalił ją od utraty pracy- uśmiechnęła się Iza.
-Naprawdę?- zapytał Franciszek. Dziewczyna ze wstydem przytaknęła głową.- To trzeba to wykorzystać- powiedział rozentuzjazmowany chłopak, ale widząc wzrok Anny trochę stonował.- Wiesz Aniu, to byłoby dobre dla nas- ruchu oporu. Miałabyś dostęp do papierów, dokumentów i rozkazów…
-Franek, to jest nazista, zbrodniarz, chyba nie chcesz- on przytaknął jej słowom. Rozległo się pukanie do drzwi. Chwilę później już wszyscy obmyślali razem plan zbliżenia Kampego i Ani. Było to trudne zadanie, gdyby nie to, że już po dwóch miesiącach, Werner przyszedł sam do restauracji, co z tego wyniknęło zaprosił Annę na kolację, dziewczyna musiała przyjąć tą propozycję.
Ruchowi oporu nie zależało na pośpiechu, tylko na systematycznej znajomości, bowiem była to szansa, która mogła się nie powtórzyć. Jeśli jednak akcja „Sielanka" miałaby się powieść, przyniosłaby niesamowite korzyści. Jednak, w przeciwieństwie do opinii AK-owców, Werner okazał się być kulturalnym człowiekiem i zależało mu na czymś więcej w sprawie Anny. Już na pierwszym spotkaniu próbował zrobić na niej pozytywne wrażenie. Gdy tylko pojawiła się w lokalu kelner zaprowadził ją do stolika, gdzie krzesło odsunął jej partyjniak.
-Witam- pocałował ją w rękę.- Piękna suknia- rzucił powierzchownie wzrokiem na śnieżnobiałą kreację.
-Dziękuję- odpowiedziała lekko chropowatym głosem i spojrzała na niego. Pierwszy raz przyjrzała mu się tak dokładnie i dopiero wtedy spostrzegła, że ten jest bardzo przystojnym mężczyzną. Czując na sobie jej wzrok uśmiechnął się ukazując swe białe, silne zęby. Jego męska, lekko kwadratowa szczęka przykuwała jej uwagę i kontrastowała z delikatnymi ustami, i smukłym nosem. Idealnie wykreślone oczy, pełne energii i zapału podkreślały jego młody wiek. Przechylił głowę w prawo i patrzył zaskoczony na Anię. Ona widząc to speszyła się i szepnęła tylko.- Przepraszam…
-Ależ nie ma za co- odrzekł Werner wpatrując się w jej twarz.- Lubię być w centrum uwagi- powiedział ironicznie.- Na co masz ochotę?- zmienił szybko temat i zajrzał do menu.
-Nie wiem, tu wszystko jest takie…- mężczyzna spojrzał na nią. Ania postanowiła nie odgrywać roli szlachcianki jak chciało tego AK, chciała pozostać sobą.- Drogie- powiedziała niepewnie. Kampe zmroził ją wzrokiem. Nie tolerował takich słów.
-Posłuchaj- powiedział przyciszonym tonem.- zabrałem cię tutaj i koszty nie grają roli. Ty masz wybrać co chcesz zjeść, a ja za to zapłacę- uśmiechnął się już przyjaźniej, po czym patrząc na nią szarymi oczyma dorzucił.- Na co ma pani ochotę?
-Tu wszystko jest apetyczne- powiedziała zerkając dyskretnie w stronę innego stolika.- Co Pan by mi polecił?- zapytała nieśmiało.
-Ja preferuję pozycję dwunastą pozycję „Bażant zadziewany truflami", albo trzynastą „Bażant w pomarańczach"… Co o tym myślisz?
-A ja szukałam pomidorowej- uśmiechnęła się do Kampego, lecz ten spojrzał z niedowierzeniem, ale widząc uśmiech na jej ustach po chwili również roześmiał się serdecznie. Po przyjściu kelnera i złożeniu zamówienia Werner zaczął rozmowę.
-Nie byłaś notowana, więc nic o tobie nie wiem- mówiąc to wyciągając srebrne etui z papierosami.- Chcesz?- odmówiła.- Przeszkadza ci?- nie słysząc z jej strony sprzeciwu zapalił i zaciągnął się głęboko.- A więc jesteś Polką?- zapytał się wprost. Przerażenie odbiło się w jej oczach. Mówiła, że ta akcja się nie powiedzie, że on coś podejrzewa… Według jej podejrzeń chciał ją tylko zwabić i nie pomyliła się. Musiała przytaknąć, nie mogła zrobić niczego innego. Werner pokiwał ze zrozumieniem głową i rzucił wreszcie.- Volksdeutsch?
-Nie- szepnęła.- Nie mam żadnych korzeni niemieckich.
-Przykro mi, ale wiesz… Ja w połowie też jestem Polakiem- odpowiedział. Jeszcze raz objęła jego sylwetkę wzrokiem. Średni wzrost, dobrze zbudowany, taki… Taki niemiecki… Nie mieściło jej się w głowie to, co usłyszała.-Zdziwiona?- powiedział ironicznie. To był jego największy kompleks, ta płynąca w nim polskość. Przez to stawał się taki odbiegający od ideologii, którą kultywował. Źle się czuł ze swoim pochodzeniem, dlatego robił wszystko, aby wyzbyć się tego Kamińskiego drzemiącego w środku, toteż zmienił nazwisko. Wyjaśniało to również jego antypolskie i antysemickie zapędy oraz terror, który kultywował w Bydgoszczy.
-Tak, trochę- odrzekła dziewczyna.
-Po tobie od razu widać, że jesteś Polką- uśmiechnął się nieśmiało spoglądając w jej błękitne oczy.- Jesteś taka piękna- szepnął studiując jej cechy antropogeniczne.- Słowianka- rzucił uśmiechając się przy tym zawadiacko.
-Dziękuję- szepnęła i odwzajemniła uśmiech nieśmiało.
-Proszę- zaciągnął się dawno rozpoczętym papierosem.- Gdzie się uczyłaś niemieckiego?
-Studiowałam germanistykę w Poznaniu, ale przerwałam wraz z rozpoczęciem wojny… Moi rodzice- ugryzła się w język. Nie powinna tych tematów poruszać w jego towarzystwie, przecież to… on ich zamordował.
-Co twoi rodzice?- przymrużył oczy.
-Ech, nic- westchnęła rozglądając się po sali. Cały lokal urządzony był w odcieniach czerwieni, którym przewodził bordowy, i bieli. W pomieszczeniu, gdzie przebywali znajdowało się zaledwie sześć stolików, z czego tylko trzy był zajęte. Ściany zdobiły złocone ornamenty, które dobrze pasowały do białego ich białego koloru. W równych odstępach znajdowały się duże, przestrzenne okna, przy których opadały masywne, bordowe kotary. Każdy z sześciu stolików był tak samo dobrany kolorystycznie, biały obrus, na nim znajdowała się  krwisto czerwona, haftowana serweta. Podłoga wykonana była z ciemnobrązowego drewna dębowego, wylakierowana tak, że mogła służyć za lustro. Wrażenie przebywania, w tym najbardziej wykwintnym pomieszczeniu w Bydgoszczy było oszałamiające. Oczywistym jest, że wstęp do tej restauracji mieli tylko Niemcy.- Bardzo ładny lokal, dziękuję, że mnie tu zabrałeś- uśmiechnęła się patrząc mu prosto w oczy. Kampe zrozumiał o co jej chodziło, domyślił się, że pewnie miał z tym coś wspólnego.
-Nie ma za co- odpowiedział na odczepne rozglądając się wokół. Anna słysząc miękkość akcentu wypowiadanych przezeń zdań odważyła się w końcu zapytać.
-Skąd pochodzisz?
-Z okolic Gdańska, Nowy Dwór Gdański- powiedział unikając jej wzroku.- Słychać po akcencie, zbyt mało niemczyzny?- dodał zirytowany.
-Nie- odpowiedziała spokojnie.- Wschodni akcent jest delikatniejszy i bardziej śpiewny- szepnęła.
-Jeśli niemiecki w ogóle można nazwać śpiewnym językiem- prychnął.- Chciałabyś kiedyś mnie odwiedzić, w mojej nowej, pięknej willi?- zagadnął zaciekawiony.
-Jeśli nadarzy się taka okazja…
-Z rodziną?- dziewczyna spojrzała na niego zdziwiona.
-To było poniżej pasa- przemknęło jej przez głowę i zacisnęła usta spoglądając przez pobliskie okno. Bygdoszcz była jakby uśpiona, w żadnym oknie nie paliło się światło, jedynie pobliskie latarnie rzucały delikatny, żółtawy blask na pokryty śniegiem bruk. Znów się rozpadało. Płatki śniegu wirowały, zataczając kręgi i opadając w końcu na ziemię. Panowała zimowa atmosfera, chociaż był marzec.
-Ciekawe, czy Janek pamiętał, by rozpalić w piecu?- uśmiechnęła się w duchu.
***
Kolacja zbliżała się ku końcowi, ze względu na późną porę i narastające w obojgu zmęczenie. Werner dyskretnie poprosił o rachunek.
-Dziękuję za spędzony wieczór- powiedziała zdawkowo dziewczyna. Werner podciągnął lewy kącik  ust i od razu zaproponował towarzyszce.
-Gdzie mieszkasz?- szepnął odsuwając krzesło. Zdała sobie sprawę, że nie może podać prawdziwego adresu.
-Sama dojdę, nie kłopocz się- on spojrzał na nią unosząc brew. Więc nie przekonał jej do siebie jak mu na tym zależało.
-Nie chcesz, aby zobaczyli ciebie z… nazistą- wzruszył ramionami.- Nie mogę odmówić- Ania dyskretnie musnęła jego dłoń szepcząc jedno słowo.
-Przepraszam- odprowadził ją do wyjścia, następnie pocałował jej dłoń i wsiadł do mercedesa. Anna, niby przypadkowo, podniosła prawą rękę w geście pożegnania. Dopiero gdy auto zniknęło dziewczyna ruszyła pewnym krokiem, to było ich swoiste pożegnanie. Wiedziała, że powinna się śpieszyć, bowiem było już po godzinie policyjnej i chciała narażać się na kłopoty. Oczywiście nie poszła od razu do siebie do domu. Postanowiła przenocować u Izy i przy okazji opowiedzieć koleżance o wieczorze spędzonym z Kampem. Następnego dnia czekała ją szara rzeczywistość- musiała zjawić się w pracy i prawdopodobnie spotkać się z Wernerem. Wstydziła się tego, że jemu się podoba, że to właśnie jej dali takie zadanie, że to ona musi spotykać się z nadburmistrzem Bydgoszczy, przecież… się go brzydziła…
***
Tak mijały dni i tygodnie na wspólnych obiadach i kolacjach. Od pierwszej kolacji minęły już trzy miesiące, już nastał maj, który zaczął się bardzo ciepło. W rezultacie misji „Sielanka", której nazwa wzięła się od ulicy, przy której mieściła się willa Wernera, Anna była wykluczana z wszelkich akcji grupowych, bowiem bali się zdemaskowania Ani. Gdyby się powiodło, gdyby dziewczyna miała dostęp do dokumentów, dałoby to ogromne korzyści, toteż agentka musiała być bardzo ostrożna, ponieważ była szczególnie obserwowana przez Gestapo i szpicli co wiązało się również z zerwaniem bezpośrednich kontaktów z ruchem oporu. Mimo tego polecenia i instrukcje otrzymywała, zazwyczaj na  zapleczu od Izy, z którą bardzo się zżyła. W końcu były zdane na siebie powodzenie głównej misji zależało od tych dwóch, a wspólne powołanie zbliżyło je do siebie. Ostatnio nawet brat Anny został przeniesiony do Warszawy, aby i on nie zdradził misji. Jedynymi osobami wiedzącymi o tajnej misji była pierwotna drużyna przyjaciół dziewczyny. Tymczasem Ania była na spacerze z Wernerem. Szli pod rękę z szykiem wymaganym od pierwszej pary Bydgoszczy. Nigdy nie obyło się podczas takich spacerów od ubezpieczenia przez esesmanów, zamaskowanych w terenie.
Akurat dotarli do fontanny „Potop", a ze względu na wczesną porę dnia oraz przepiękną pogodę pomysł ten był trafiony w dziesiątkę. Słońce ogrzewało swoimi majowymi promykami idącą parę oraz wodę wydobywającą się z zamaskowanych tryskaczy, czyniąc ją jeszcze bardziej krystaliczną. Świeża zieleń drzew idealnie pasowała do tej uroczej sceny. Gdzieś z oddali do uszu Anny dobiegała smutna piosenka wygrywana przez jakiegoś ubogiego grajka, próbującego zarobić trochę pieniędzy na następny tydzień. Wokół przechadzali się oficerowie Wehrmachtu i SS ze swoimi tymczasowymi kochankami. Patrzyła na te kobiety z niechęcią, jakby czując do nich obrzydzenie, że tak dumnie przechadzają się z okupantem, a przecież robiły to tylko dla pieniędzy i innych dóbr doczesnych, sprzedając swoją godność. Podczas tych rozważań uświadomiła sobie, że ona też idzie z Niemcem. Znowu dostrzegła to, co przed sobą ukrywała, czego się wstydziła i po części brzydziła. Zawsze zasłaniała się jakimiś argumentami, ale były one puste i nie zmieniały faktu.
Z rozmyślań wyrwał ją głos ten, którego słuchała przez ostatni czas prawie na okrągło… Ten, do którego nawet się przywiązała, a może raczej przyzwyczaiła?
-Cieszę się, że zgodziłaś się na dzisiejszy spacer. Ostatnio obydwoje mamy coraz mniej czasu- westchnął.- Tak chodzi mi po głowie pewien pomysł- spojrzał zawadiacko na dziewczynę.- Czy nie zechciałabyś odwiedzić mnie w mojej willi?- ona oparła głowę na jego ramieniu.
-Zależy kiedy byś mnie zaprosił- spojrzała mu w oczy, ale on natychmiast je odwrócił.
-Chociażby… Dzisiaj? Oczywiście pojadę po ciebie… Zjedlibyśmy kolację…
-Sama nie wiem…- uśmiechnęła się zawstydzona.
-To się zastanów. Odbiegając od tematu mam coś dla ciebie- usiedli na ławce, a on zaczął powoli wyjmować zamszowe, czerwone pudełeczko. Zamrugała parę razy, widząc jak jego alabastrowe ręce zwinnie uciągają je z kieszeni munduru.- Proszę- podał jej malutkie opakowanie. Werner widząc, że dziewczyna chce zaprotestować uśmiechnął się spokojnie i przymrużył oczy. Lewą dłonią otworzyła wieczko. Jej oczom ukazał się delikatny, wysadzany małymi diamentami, osadzonymi w białym złocie, pierścionek. Nie mogła wymarzyć sobie ładniejszej błyskotki i od razu osadziła go palcu. Chciała mu jakoś podziękować, przecież wiadomo, że za taką biżuterie płaciło się kosmiczne ceny.
-Dziękuję- szepnęła musnąwszy jego policzek wargami.- Z jakiej to okazji?
-Nie powiedziałaś mi kiedy masz imieniny, więc to sprawdziłem. Ten termin był najbliższy- powiedział szczerze uśmiechając się.
- Rzeczywiście trafił- pomyślała dziewczyna. Tego dnia było Anny, zapomniała o tym.
-Przecież u was nie obchodzi się imienin- powiedziała zerkając na mężczyznę. On wzruszył ramionami.
-Ale tymczasowo jesteśmy w Polsce- uśmiechnął się.
-To dlatego mnie zapraszasz dzisiaj?- szepnęła spoglądając na pierścionek.
-Nie, po prostu chcę spędzić z tobą kolejny wieczór- objął ją ramieniem i spojrzał na profil jej twarzy.- A może i…- zawiesił głos. Anna wyrwana z zamyśleń uświadomiła sobie o co chodziło.- Jeśli będziesz chciała.
-Zobaczymy- ułożyła głowę na jego epoletach. Po chwili ruszyli dalej, do jakiejś restauracji, gdzie zjedli przekąski i ustalili godzinę spotkania. Oczywiście tym razem nie obyło się bez przyjazdu czarnego mercedesa z rejestracją  SS. Anna szykowała się przy pomocy Izy i myślała. Zastanawiała się co stanie się tego wieczoru. Jak wygląda jego willa? Czy ma służbę i czy tego wieczora będzie ona razem z nimi? I w końcu to ostatnie…
-Ani, coś podjechało!- krzyknęła z drugiego pokoju Izka.
-Nie odsłaniaj firanek- powiedziała głośno. Iza już była przy niej.- Całą noc będziesz tu i na boga nie zapalaj świateł! Nie wychodź, nie dawaj znaku życia, jeśli ktoś będzie pukał skryj się- ugryzła się w język.- wiesz gdzie.
-Dobra, jestem przecież specjalistką- uśmiechnęła się gdy rozmawiały w przedpokoju.- Wiem, że mieszkanie jest obserwowane od ostatnich dwóch godzin. Sobowtór już wyszedł, to znaczy Sara.

Musiały upozorować wyjście Izy, aby ta mogła pozostać w mieszkaniu i informować o posunięciach szpicli. W każdej chwili ulica mogła zaroić się pieskami z SD i wtedy… Wszystko musiało pozostać w tajemnicy, bo zadanie Anny tego wymagało, a do tego potrzebowała pomocy w przygotowaniach.
-Nie jestem przekonana do tych rozpuszczonych włosów- powiedziała stając przed lustrem.
-Mężczyźni wolą takie- spojrzała na rozpuszczone blond loki Ani.
-Ale ja tego nie robię ze względu na niego- szepnęła i spojrzała na pierścionek współgrający z czarną sukienką przed kolana.- Iza ja nie chcę tam iść, boję się.
-Wszyscy się boimy, jest wojna- rzuciła bezbarwnie do koleżanki.- Idź już, za chwilę się spóźnisz. Zgaś światła- powiedziała wyjmując z lodówki prowiant na noc.
-Nie za dużo tego?- spojrzała na koleżankę. Ona tylko uśmiechnęła się.
-Pozwolisz mi głodować?- zripostowała się. Anna machnęła ręką, przecież dziś i pewnie jutro, i… Werner ją gdzieś zaprosi, poza tym ostatnio z kościotrupa nabrała bardziej rubensowskich kształtów, takich, jakie miała przed wybuchem wojny. Tak Werner dbał o nią, ale na razie nie chciał nic w zamian, co ją dziwiło. Czyżby obchodziły go jej uczucia? Nie, powód musiał być inny, przecież Niemców nie obchodzili Polacy, traktowali ich przedmiotowo. Czy Kampego interesowały uczucia ludzkie, gdy zabijał Barciszewskiego? Gdy organizował odwet za „krwawą niedzielę"? Gdy zabijał w Bydgoszczy Żydów? Co go to obchodziło wtedy, więc dlaczego miałoby to się zmienić? Pożegnała się z Izą, czując jakby ostatni raz ją widziała. Schodziła po schodach zapamiętując każde ich dotknięcie, jakby wiedziała, że już więcej po nich nie stąpnie. Miała dziwne uczucie, że widzi wszystko po raz ostatni, a gdy weszła do auta czuła jak nie ma już odwrotu, poczuła strach. Tak, zaznała go wcześniej, ale teraz był inny jak gdyby powiększony parokrotnie.
Niedługo później dotarli na ulicę „Sielanka" i niepokój zniknął. Mijając piękne wille i domy zastanawiała się, w której przyjdzie jej spędzić wieczór, a może i noc? Zatrzymali się obok okazałego budynku, a szofer otworzył jej drzwi i wprowadził do środka, gdzie czekał na nią Kampe. Przystrojony w beżowy mundur z krwistoczerwoną opaską ze swastyką na lewym ramieniu z czarującym uśmiechem na twarzy, prezentującym jego śnieżnobiałe, silne zęby. Widać było, że o niczym innym dziś nie myślał, tylko o jej wizycie. Pomógł zdjąć jej płaszczyk i odwiesił go w przedpokoju. Jeszcze jedna rzecz przykuła wzrok Ani, te błyszczące, kawaleryjskie buty ze złotymi ostrogami. Robił na niej piorunujące wrażenie, jakby to nie był on. Dzisiaj prezentował się jakoś wytworniej, inaczej niż zawsze i musiała przed sobą przyznać, że… Podobał się jej, może nie on, ale jego styl, dzisiejszy styl…
Mężczyzna widząc chwilowe zmieszanie gościa wziął ją pod ramię i przyprowadził do obszernej jadalni, i odsunął krzesło od masywnego, ciemnego stołu. To pomieszczenie było zniewalająco pięknie urządzone. Uwagę dziewczyny zwrócił przede wszystkim wielki, błyszczący żyrandol umocowany pośrodku stołu. Jego małe szkiełka świeciły się jak diamenty rozszczepiając światło. Oprócz tego cuda w pomieszczeniu znajdowały się piękne, złociste ramy. Były one jakby żywcem wzięte z jakiegoś muzeum, pomijając kwestię zatykających dech w piersiach pejzaży. Więc to tu, wśród przepychu i zbytku, żył nadburmistrz Bydgoszczy. Kryształowe kieliszki, srebrne sztućce i porcelanowa zastawa robiły wrażenie, tym bardziej, że umieszczone były na bialutkim obrusie z wyhaftowanymi złotą nicią motywami kwiecistymi.
Wszystko rozpraszało uwagę Anny, cały ten barokowy przepych. Ciągle zauważała coś nowego, raz piękny XIII wieczny zegar stojący na ciemnym kredensie, raz czarny fortepian przy drzwiach w lewym kącie, naprzeciwko dwóch, obitych ciemną skórą, foteli i obszernej, komfortowej kanapy. Wszystko było tak różne i piękne, ale mimo to pasowało do siebie, i tworzyło niepowtarzalny nastrój.
-Ann- uśmiechał się Werner widząc jak dziewczyna przygląda się obrazowi.
-Przepraszam- spojrzała na niego i poczuła, że tu nie pasuje. Ze zdziwieniem uświadomiła sobie, że bardzo chciałaby, że właściwie to pasowałoby jej życie tu, pośród przepychu. Nigdy wcześniej nawet nie podejrzewała siebie o to, dopiero teraz poczuła taką potrzebę… ale nie za wszelką cenę poświęcenia swojego honoru i polskości.
-Nic się nie stało, jesteś tu pierwszy raz. Jak ci się podoba?- spojrzał wyczekująco.
-Pięknie tu, w tej jadalni- powiedziała szczerze.- Tak czarująco…- Werner uśmiechnął się w duchu, lubił komplementy.
-T o ty jesteś czarująca- ściszył głos.- Idealnie byś tu pasowała- przechylił głowę.
-Dziękuję- tylko to zdołała powiedzieć przez ściśnięte gardło słysząc ten komplement. Potrafił jej schlebiać, ale tym razem nie odebrała tego poważnie.
-Bardzo się cieszę, że przyjęłaś moje zaproszenie- poprawił mankiety koszuli. Dziewczyna spuściła wzrok.- Tylko nie wiem na jak długo tu zostaniesz- pomyślał smętnie, lecz nie odważył się tego powiedzieć na głos.
-Grasz?- spojrzała na fortepian. On pokiwał przecząco głową.
-Bardzo bym chciał, a instrument jest tak troszkę dla szpanu- uśmiechnął się delikatnie.- A ty?
-Nie jestem wirtuozem, ale coś tam umiem. Gdy byłam mała rodzice inwestowali w edukację muzyczną.
-Rozumiem, że gdybym ciebie poprosił… Nauczyłabyś mnie?- ona przytaknęła z uśmiechem.- Tylko do mnie trzeba mieć dużo cierpliwości- uniósł wyczekująco brwi. Tak, zgodziła się. Jednak w duszy modliła się, aby taka sytuacja się nie nadarzyła. Dla niej muzyka to był jej własny świat, którym nie chciała się dzielić. To było coś tylko jej, coś tkwiącego głęboko w niej i będącego częścią jej, częścią jej świata, którym nie lubiła się dzielić.
-Proszę- podeszło dwóch służących Wernera i zaczęli znosić potrawy, a następnie Kampe odprawił ich, żeby im nie przeszkadzali.
-O czym myślisz?- padło pytanie, na które Werner chciał szczerej odpowiedzi.
-O… przeszłości- odparła niepewnie i zabrała się za jedzenie.
-I co? Wtedy było lepiej?- zapytał ironicznie. Nie spodziewając się odpowiedzi, która za chwilę miała paść.
-Teraz jesteś ty- w jej oczach zakręciły się łzy. Nie powinna była tego mówić, przecież ten człowiek… ten Niemiec… Miało to co prawda dwojaki wydźwięk, ale hitlerowiec tego nie zauważył. Pod dłuższej przerwie, w czasie której obydwoje pochłaniali łapczywie kolację, od czasu do czasu na siebie spoglądając, Niemiec zadał pytanie, zauważając, że talerz Ani powoli pustoszeje.
-Chciałabyś coś obejrzeć po obiedzie?- zmienił temat lekko połechtany po swoim ego.
-Zależy co- uśmiechnęła się biorąc kieliszek z winem w dłoń, ukazując partyjniakowi jego dzisiejszy podarunek, który założyła.
- Jakąś komedię romantyczną lub romans, zależy co wolisz- podszedł do jej krzesła i je odsunął.
-Wariant trzeci: komedię romantyczno-muzyczną- uśmiechnęła się gdy zmierzali ku wyjściu.
-Bardzo proszę, pewnie znajdę coś w mojej filmotece- zatrzymał się przed schodami.- Zapraszam na górę.
Jak obiecał tak się stało. Zabrał ją do jednego z pomieszczeń, które zostało przerobione na salę kinową, dla jego potrzeb. Rozsiedli się na wstawionej kanapie i podczas trwania projekcji delektowali się przekąskami i winem przyniesionym przez kamerdynera.
Rzeczywiście film był dobry, amerykański o dość nieskomplikowanej fabule, ale przecież miała to być komedia. Nie trwał ona zbyt długo, bowiem akcja była dynamiczna. Po zakończeniu projekcji światła zostały włączone i służba dyskretnie nastawiła muzykę. Kampe sięgnął ręką po stojący na stoliku kieliszek z winem, obowiązkowo czerwonym.
-Wiesz, czego bym teraz pragnęła?- oparła głowę o jego ramie. On zdziwiony tym gestem spojrzał na jej uśmiechniętą twarz i pokiwał przecząco głową.- Chciałabym… z tobą zatańczyć- szepnęła mu do ucha.
-Może to będzie uwaga nie na miejscu, ale nie za dużo wypiłaś? Mimo tego, że znam odpowiedź na to pytanie to myślę czy służba czegoś tam nie dosypała- uprzedził jej odpowiedź.
-Myślałam, że dzisiaj są moje imieniny- powiedziała zawiedziona. Odgarnął jej kosmyk włosów z policzka.
-Przecież wiesz, że faceci nie… nie lubią tańczyć.
-Szkoda… Nie wiem czy taka okazja się jeszcze powtórzy- próbowała go przekonać.
-Na spotkaniach partyjnych- spojrzał na nią z satysfakcją.- Tam będziesz mogła wytańczyć się ze wszystkimi- uśmiechnął się ironicznie.
-Co?- spojrzała na mężczyznę. On ma zamiar ją przedstawić towarzystwu? Ma zamiar wziąć ją na spotkanie partyjne? Przecież… Kim ona dla niego jest? Co takiego zrobiła? Anna nie jest jeszcze gotowa wejść w wyższe kręgi, potrzebowałaby instrukcji lub rozkazu, bez wiedzy centrali… A może to była tylko ironia, tak długo się spotykali, wiedziała, że on był zdolny do takich złośliwości.
-Właśnie, chciałbym ciebie zaprosić na takie małe spotkanie dygnitarzy nazistowskich… Odbędzie się za dwa tygodnie, niecałe dwa tygodnie…- spojrzał znacząco na dziewczynę.- Czy zechciałabyś  mi towarzyszyć?- Anna oszołomiona przytaknęła, co miała w tej chwili zrobić? – Ale jeśli chcesz to- wstał i poprosił ją do tańca. Z uśmiechem wstała i położyła lewą rękę na jego ramieniu. Rozpoczęli walca wiedeńskiego, w ich mini wersji. Muzyka, wolniejsza nastrojowa, nie pozwalała im na szybkie tempo, a mniejsze przestrzenie, na wielkie wariacje taneczne. Jednak już po chwili dziewczyna dostrzegła, że nie ma do czynienia z laikiem, a nie spodziewała się, że Werner będzie miał takie wyśmienite poczucie rytmu i grację w ruchach. Wspaniale prowadził ją w tańcu i musiała przyznać, że nigdy nie tańczyła z takim wyśmienitym tancerzem. Jego ruchy były typowo przywódcze , ale miały w sobie grację, subtelność i delikatność. Ta piękna chwila nie mogła trwać wiecznie, bowiem ten piękny klasyczny utwór, przy którym roztańczyli się, dobiegł końca. Werner zatrzymał się wraz z ucichnięciem nagrania. Patrząc na nią lekko z góry zadał pytanie.
-Zostaniesz?- spojrzał na jej delikatną dłoń, trzymaną przez jego. Uśmiechnął się do siebie i nie odrywając wzroku czekał na odpowiedź, której po chwili Anna udzieliła.
-Jeśli nie stanowiłoby to problemu?- słysząc te słowa mężczyzna prychnął.
-Ty i problem, proszę ciebie- uśmiechnął się.- Zrobisz mi ogromną przyjemność… A jesteś już zmęczona?- spojrzał na swój zrobiony z srebrnego złota, wysadzany diamentami zegarek. Dochodziło wpół do dwudziestej czwartej.
-Trochę…- szepnęła.
-Ach, rzeczywiście… Tak późno- uśmiechnął się zakłopotany. -Przepraszam, chodź zaprowadzę ciebie na górę- uśmiechnął się, ale widząc jej wahanie dodał ironicznie.- No chodź, przecież nie będziesz spać ze mną razem w łóżku- pociągnął ją za rękę. Anię zamurowały słowa mężczyzny to, że tak otwarcie powiedział, bez ogródek. Nawet nie wiedziała co ma na to odpowiedzieć.
Przeszli do końca korytarza, mijając kolejne pokoje, aż zatrzymali się przed ostatnimi, mahoniowymi drzwiami. Pomieszczenie nie ustępowało przepychem jadalni. Przy schodach i w połowie przedpokoju wisiały dwa żyrandole ze złota, puste ściany- odstępy między drzwiami, urozmaicone były pięknymi dziełami sztuki, których nie powstydziłby się nawet Luwr. Wzdłuż korytarza ciągnął się jasny, perski dywan, na którym również można było dostrzec wspaniałą fakturę i kunszt artysty. W każdym pomieszczeniu panowało bogactwo i wykwintna atmosfera. Chwilami Anna czuła się przygnieciona tym zbytkiem, miała poczucie, jakby była na wystawie w muzeum, jakby nie wolno było niczego dotykać i przestawiać.
-Proszę- otworzył drzwi.- Naprzeciwko jest łazienka. Chcesz się wejść pierwsza?- dziewczyna przytaknęła.- Jakbyś czegoś potrzebowała, gabinet mam tam- wskazał dłonią na jedne z początkowych drzwi.- Dostępny 24h na dobę- mrugnął i poszedł do siebie.- Mam nadzieję, że się spodoba- rzucił jeszcze na odchodne.
Dopiero po wejściu do pokoju gościnnego znów zachwyciła ją wystawność uposażenia. Na lewej ścianie stała wielka, zrobiona z jasnego drewna meblościanka, pozastawiana książkami, z pustymi szafami i szufladami. Stała ona naprzeciwko wielkiego, zasłanego jasnym kocem z frędzlami, łóżka z moskitierą. Wyglądało jak wyjęte z jakiegoś zamku, od zwykłego legowiska bardziej przypominało średniowieczne łoże księżniczki, jakby tego było mało, leżała na nim sterta misternie poukładanych poduch i jaśków, których poszewki miały również jasną kolorystykę, pasującą do wnętrza. Obok masywnego łóżka znajdowała się niezbyt wysoka komoda, na niej zaś kolejny zabytek- inny hebanowy zegar ze złotym wahadełkiem oraz pięknymi rzeźbieniami. Oczywiście cały pokój przyozdobiony był pięknymi obrazami, przedstawiającymi malownicze góry bawarskie lub inne cuda przyrodnicze Niemiec. To dało jej do myślenia, dlaczego nigdzie nie zastała portretów? Wszędzie wisiały, co prawda zapierające dech w piersiach, widoczki, starówki lub zabytki niemieckich miast.
- A może tak chciał sobie zrekompensować swoją połowę krwi polskiej, może chciał ja zagłuszyć pośród przepychu?- przeszło dziewczynie przez głowę. Odwróciła wzrok od jednego z obrazów, bowiem został on przykuty przez imponujących rozmiarów okno i okalające je ciemne, masywne zasłony. Wszędzie w domu były one identyczne, aby w czasie nalotów skutecznie maskować domy i zaciemniać miasto. Ciszę panującą w pokoju zakłóciło delikatne pukanie w półotwarte drzwi.
-Przepraszam, ale…- w drzwiach stał mężczyzna w szlafroku z ręcznikiem w ręku i wyczekującym wyrazem twarzy.
-Tak, tak…- odpowiedziała pośpiesznie dziewczyna.- Już idę.
-Jeśli chcesz mogę być pierwszy…- zawiesił pytanie.
-Nie, dziękuję… Ja chciałabym być pierwsza, jeżeli nie stanowi to problemu i…- uśmiechnęła się i obróciła w kierunku mężczyzny.-woda jest ciepła?
-W tym domu zawsze jest ciepła- powiedział z przekąsem cofając się za drzwi. Ona pokiwała z uśmiechem głową i po chwili weszła do łazienki. Oczywiście Kampe przewidział, że ta może się nie przygotować, więc zostawił na łóżku obszyty pluszem szlafrok oraz nową, jasnoróżową koszulę nocną. Cała reszta, włącznie z szczoteczką do zębów, czekała w pięknej, stylizowanej na antyczną, łazience. Żółtawe, lekko przyciemnione światło, rzucało delikatną poświatę na biały marmur, imitujący starożytne ślimaczki, kolumny oraz rzeźby, i wszechobecną w domu roślinność. Na zdobionym blacie stały różne, nawiązujące do tego okresu dekoracje, mała fontanna pokojowa oraz świeczki. Całość usytuowana była pod wielkim, zrobionym z drogiego kryształu lustrem.  Po prawej stronie, od tej swoistej dekoracji,  pod oknem umiejscowiona została obszerna, paroosobowa wanna- jacuzzi, której piana zachęcająco mieniła się w wątłym świetle. Wokół na ścianach znajdowały się malowidła przypominające antyczne dzieła Rzymian i Greków. Annę zdziwiła ta odmienność łazienki od reszty, dotychczas widzianej przez nią, willi. Wszędzie panował przepych i artystyczny nieład, zaś łazienka pozostawała przestronna, skromnie urządzona, aczkolwiek z gustem. W pomieszczeniu dominowały rośliny typu: Rhapis i Chamaerops humilis, które znajdowały się wokół jacuzzi, zanurzając częściowo swoje wielkie liście w pianie. Po szerokim i długim blacie ciągnęła się wanilia, wypełniając swoim zapachem, który idealnie konweniował z olejkami eterycznymi, pokój.
Dziewczyna, nie mogąc się dłużej opierać, postanowiła oddać się kąpieli w tym przybytku, toteż od razu po odwieszeniu aksamitnego szlafroka na wieszak, zanurzyła się w rozkosznie ciepłej wodzie i rozpoczęła długą, przyjemną kąpiel, lecz ciążąca nad nią świadomość późnej pory zmuszała ją do przyśpieszenia tej czynności, i ustąpienia łazienki Wernerowi.
Gdy tylko założyła koszulę, a na nią szlafrok, od razu opuściła pomieszczenie kierując się do pustego pokoju- jej czterech kątów. Następnie podeszła do ogromnej meblościanki i wspinając się na palcach ściągnęła interesującą ją pozycję. Była to jedna z powieści literackich- kryminał, a chwilami nawet romans. Po przygotowaniu poduszek naciągnęła na siebie puszystą kołdrę z wykrochmaloną poszewką i zajęła się lekturą. Nie wiadomo kiedy do pomieszczenia wszedł Werner, przerywając Annie czytanie, pochylił się nad nią i wyjmując jej z dłoni książkę, pocałował. Nie był to zwykły pocałunek zakochanego mężczyzny, o nie! Na tyle sobie nie pozwalał, więc tylko dotknął ustami jej policzek, a ona odwdzięczyła się tym samym.
-Nie jest już za późno na lekturę?- uśmiechnął się siadając obok niej.- Myślałem, że już będziesz spać, gdy przyjdę- mówiąc to pochylił się nad nią, nad jej twarzą, nad jej czerwonymi ustami i wtedy nie mógł się już wycofać. Musiał dokończyć, to co zaczął, chociaż w głębi duszy wahał się, nie był pewny czy na pewno tego chce, co więcej nie wiedział czy ona tego chce.
Anna wyczekująco patrzyła w jego oczy, wyczytując z nich kolejne posunięcia i zamierzenia mężczyzny. Nie wypadało jej odmówić, a poza tym, chciała tego. Chciała w końcu poczuć jego bliskość i dowiedzieć się jaki jest naprawdę, co względem niej czuje, przecież jeszcze nigdy na to się nie odważył.
Zaczął niepewnie zbliżać się do jej ust, do swojego największego obiektu pożądania, zamykając oczy przy pierwszym muśnięciu jej warg. Kierując się instynktem, który jeszcze nigdy go nie zawiódł, zrobił to ponownie, chociaż trochę odważniej, dłużej pozostawiając złączone wargi. Czując, że dziewczyna lekko rozwarła usta, odebrał to jako zachętę do kontynuacji. Przechylił głowę delikatnie w prawo i objął swoimi ustami jej górną wargę. I wodząc po niej koniuszkiem języka spojrzał jej w oczy. Oczywiście miała je zamknięte, co zmniejszało jego stres. Kolejno znów oderwał się od niej, lecz dziewczyna pogładziła go po karku i subtelnie przyciągnęła do siebie. Na twarzy mężczyzny pojawił się nieznaczny uśmiech i z radością w duchu kontynuował zbliżenie, obejmując jej twarz lewą ręką. Po paru nieśmiałych ruchach czubki ich języków zetknęły się i rozpoczęły taniec namiętności, i wyznań któremu nic, ani nikt nie mógł przeszkodzić. Nagle w obydwojgu obudziło się drzemiące pożądanie, lecz mimo to, nie pozwolili sobie na za dużo. W końcu to był ich pierwszy pocałunek, którym obydwoje pokazali sobie ja bardzo im na sobie zależało. Nawet Ania poczuła, że w cale nie robi tego z obowiązku dla ojczyzny, chciała być bliżej Wernera, w końcu obydwoje trzymali się trochę na dystans.
-Przepraszam- powiedział przerywając pocałunek i wstał z łóżka. Dziewczyna odprowadziła go wzrokiem, ale on nawet nie popatrzył na nią. Czuł, że nie powinien tego robić, że była Polką, ale nie mógł się powstrzymać. Nie mógł nad sobą panować i, gubiąc zdrowy rozsądek, wszedł w coś, z czego nie zdoła wyjść z podniesionym czołem.
***
Ania od zgaszenia lampki ciągle myślała o tym co się wydarzyło. Ona również złamała zasadę, podstawowa zasadę konspiracji- weszła w związek uczuciowy z okupantem, nie potrafiłaby tak po prostu zacząć go ignorować na polecenie dowództwa. Wyjście było jedno- wniosek o przerzucenie, Daleko od Bydgoszczy i Kampego, od tego, dla którego straciła głowę i serce. Nie mogłaby po prostu nie spotykać się z nim, bo… pokochała go. Tyle czasu ze sobą spędzali, że stało się to możliwe, żeby ulokowała swoje uczucia w takim potworze jak on. Jakby odtrącała myśli, że to on zamordował jej rodziców, że to on zabijał Polaków, jej znajomych, przyjaciół i wrogów. Ale przecież nikt z nich nie zasłużył na śmierć, lub na stratę bliskich, a on odebrał im prawo do życia. A ona była zakochana w kimś takim jak Werner, przecież samo jego nazwisko kojarzyło się bydgoszczanom ze śmiercią i cierpieniem, a jego mundur nie powinien przyciągać jej jak magnez, ani jego aparycją, a tym bardziej tym, co było w nim, co miał w duszy. To co robił, to jak podchodził do życia, do ludzkiej godności… Z jednej strony go nienawidziła, a z drugiej była nim zafascynowana, zauroczona… takim bydlęciem jak Kampe. Dobrze o tym wiedziała i miała to sobie za złe, ale nie potrafiła podchodzić do niego jak na początku, zimno i na dystans…
Serah: żeby było jasne, TO NIE JEST MOJE.
Opowiadanie należy do Igi, która już ze swojego devcia nie korzysta. No i nie chciała tego wstawiać.
Założyłam się z nią, że ktoś to przeczyta, jak tu wrzucę.
POMÓŻCIE!!!
TO, CZY RIN ZAWIŚNIE W NASZEJ SZAFCE ZALEŻY OD WAS!!!

A co do opka, klimaty wojenne (co jest chyba logiczne), więcej nie powiem ;)

~~~~~
Dobra, już wygrałam, ale komenty i tak mile widziane :D
:iconkarenaj:
Karenaj Featured By Owner Mar 6, 2012  Hobbyist Writer
Po kategorii widzę, że to short stories, no ale nie mówcie mi, że to one shot! To przecież samo się prosi o kontynuację.
Co prawda postaci są tu zbyt nowoczesne - zbyt dzisiejszy jest tu sposób myślenia bohaterów. Ale poza tym... To przecież fajna historia, wręcz zagilbista, jeśli wiesz, co mam na myśli.
Nie będę się tu rozwodzić nad fabułą, bo to nie mój gatunek, nie moja bajka, ale szczerze - bardzo mi się podobało.
Błędów też nie wyłapałam, z czego niezmiernie się cieszę.
Pozdrawiam.

Ps. Powiedz no tej dziewoi, żeby napisała kontynuację. Wątpię, żeby to było oparte na faktach, ale i tak chciałbym wiedzieć, coś się stało z Wernerem i Anką.
Reply
:iconfarronsisters:
FarronSisters Featured By Owner Mar 6, 2012
Serah: Tylko ona nie wierzy, że to jest zagilbiste :(

Dałam to do short stories, bo:
1. Nie wiedziałam, gdzie indziej miałabym to dać.
2. To w zamierzeniu ma być kontynuowane, ale nie wiem, czy Igi pozwoli mi resztę wrzucić/sama wrzuci.

W jej i własnym imieniu dziękuję za przeczytanie i za komentarz. Dzięki Tobie wygrałam zakład, a Idze może podniesie się samoocena ;)

PS Gdybym umieściła następną część, na 100% dam Ci znać.
Reply
:iconkarenaj:
Karenaj Featured By Owner Mar 6, 2012  Hobbyist Writer
Dzięki! Serio wkręciłam się w tę historię. A jestem raczej krytycznie nastawiona (o czym zaświadczy strona w moim podpisie;> ).
Reply
Add a Comment:
 
×

:iconfarronsisters: More from FarronSisters



More from DeviantArt



Details

Submitted on
March 5, 2012
File Size
62.7 KB
Link
Thumb

Stats

Views
486
Favourites
2 (who?)
Comments
3
×